środa, 8 października 2014

Bo nie umiem odmówić, nawet sobie (cz. II)

Miały być paski, ale będą kropki, wybaczcie.

Korzystam z okazji i kończę historię sukienki mojej przyjaciółki. Jej góra stała się bluzką, którą mogliście oglądać w ostatnim poście. Co stało się z dołem pokażę dzisiaj.


Ogólnie to trochę mnie nie było, a pozmieniało się dużo. Nie za bardzo mam się z kim tymi zmianami podzielić, więc podzielę się nimi z Wami (wybaczcie ponownie).
Już na pierwszy rzut oka widać, że zmiany nie ominęły bloga. Nowy wygląd stworzyła dla mnie mentalna siostra, po wielu prośbach, groźbach i męczeniach (efekt zbyt długiego przebywania we wspólnym towarzystwie), za co bardzo jej dziękuję. Sprawa druga. Jak za pewne wiecie - a jeżeli nie, to dowiecie się teraz - skończyłam w tym roku gimnazjum. Mogę Was teraz z radością i pewnym niepokojem poinformować, że zostałam przyjęta do warszawskiego Technikum Odzieżowego, do którego wybieram się jednak z pewną obawą, czy aby dobrze zrobiłam. Czas pokaże. Po pierwszym miesiącu nie jest aż tak źle. Co prawda nie dosypiam,
ale jakoś mi to bardzo nie przeszkadza. Sprawa trzecia związana z drugą. Egzaminy. Niesamowicie się ich bałam, a wyszło bardzo dobrze. Polski 97%, historia/wos 79%, matematyka 86%, przyrodnicze 75% angielski 98% podstawa, 98% rozszerzenie. Byłam kilka centymetrów wyższa :)
Było też dużo małych zmian i nowych rzeczy. Choć uczyłam się przez 3 lata francuskiego (no dobra, powiedzmy sobie szczerze - połowę tego czasu nie kontaktowałam na lekcjach) postanowiłam, że sama się teraz zacznę uczyć, głównie ze względu na brak francuskiego w technikum. Oprócz samodzielnej nauki zapisałam się na lekcje do szkoły językowej. Zaczynam we wtorek. Postanowiłam, że za 2-3 lata (chyba że uda się wcześniej) wybiorę się na swoją pierwszą zagraniczną wycieczkę. Lista jest baaardzo długa i również z tym liczy się nauka francuskiego (Francja, Kanada i Szwajcaria w czołówce). W sumie miejsce nie jest najważniejsze. Po prostu chciałabym poznać ludzi, kulturę, zwyczaje innych krajów i móc zobaczyć to wszystko na własne oczy. Poza tym nadrobiłam cztery sezony "Zabójczych umysłów". Zostało pięć + właśnie rozpoczynający się.

Ale chwila, miało być o sukience. A raczej spódnicy, w takiej formie aktualnie ją noszę. Materiał pewnie leżałby jeszcze długo, gdyby nie pewien impuls - parasolka. Moi rodzice, którzy wiedzą o mojej parasolkowej miłości postanowili sprawić mi niespodziankę. Co prawda miałam ją dostać na rozpoczęcie roku, a nie w połowie sierpnia, ale dzięki temu spódniczka powstała w kilka minut, nie tygodni (co dzieje się z maxi sukienką, którą zaczęłam szyć w lipcu. Końca nie widać. Moja siostra sobie jeszcze poczeka). Był to zabieg ekspresowy, wystarczyło przyszyć gumkę. A oto efekt! Mogłam choć przez chwilę poczuć się jak panna Tarabotti*




* właściwie lady Alexia Maccon - bohaterka książek Gail Carriger, która była znana z ciągłego noszenia ze sobą parasolki, głównie do samoobrony.

4 komentarze:

  1. Fajnie wyglądasz i jeszcze parasolka jaka dopasowana.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam podobne językowe postanowienia ;) Wracam po trzech latach przerwy od hiszpańskiego. Życzę NAM powodzenia!

    OdpowiedzUsuń

Skomentuj, zmotywuj, zainspiruj.